niedziela, 19 listopada 2017

Pretty and Perfect

Staram się nie oszaleć na punkcie mojego pięknego i idealnego Wnuka, choć momentami, gdy mam go na rękach, gdy na niego patrzę, na jego minki... to myślę sobie, że w życiu nie widziałam niczego piękniejszego:-). Może z wyjątkiem Dominiki, gdy ją zobaczyłam po raz pierwszy... No dobra, miałam już przed oczami całe mnóstwo najpiękniejszych widoków, ale aktualnie prym w temacie wiedzie Florcio:-). Jest słodki jak szczeniaczek i milusi jak młode kocię. Dobrze, że mam swoje zajęcia, bo inaczej chyba przestawiłabym się tylko i wyłącznie na produkcję Fiorinkowych gadżetów;-). Ostatnio wygospodarowałam jednak trochę czasu i wyszydełkowałam przytulankę z resztek z kocyka:



Włóczka: Suavel Baby Smiles, Schachenmayr (100% akryl 50g/336m), szydełko 4 mm.
Opis wykonania: TUTAJ
Przerabiałam podwójną nitką, wyszło fajnie melanżowo i zużyłam motki prawie do ostatniego metra:-).

Od czasu do czasu, mojemu pięknemu i idealnemu wnukowi, robię też zdjęcia...



To szalenie trudna dziedzina fotografii. Prawdę mówiąc niewiele mi wychodzi. Ta sesja fioletowa wyszła jeszcze jako tako, ale dziś robiłam rodzinną i wszystko do chrzanu. I wcale nie przesadzam.

niedziela, 12 listopada 2017

Pudełka na wino

Na zlecenie, ale nie ślubne tym razem:-)










Pudełka są z wieczkiem, nie zasuwane, prawdę mówiąc takie bardziej mi się podobają:-).

Wymiary pudełek: 35x10,5x10 cm.


sobota, 4 listopada 2017

Virus

...wreszcie doczekał się publikacji:-). To mój pierwszy. Choć zaraziłam się nim od pierwszego spojrzenia, to okres inkubacji trwał chyba ponad dwa lata. Właściwie nie wiem dlaczego tak długo byłam odporna, bo wzór jest naprawdę prosty - łatwo go zapamiętać i trudno się na nim pomylić. Jako robótka podróżna to idealny projekt, właściwie sam się robi.




Swojego virusa zrobiłam szydełkiem 4mm z włóczki Greta Multi (65% akryl, 35% wełna merino, 100g/410m). Zużyłam 2 motki. Na początku martwiłam się, że chusta nie będzie się nadawać do noszenia, bo zdawała mi się drapiąca, ale po praniu i naciągnięciu zmiękła. Jest teraz całkiem miła:-).

Chodzi tylko o to, że mnie właściwie zupełnie nie jest po drodze z chustami. Wolę szale. Więc myślę sobie, że to mój pierwszy i ostatni virus. Chyba żeby kiedyś dla kogoś...

piątek, 27 października 2017

Książki podróżne

Różni ludzie różne mają podróżo-czaso-umilacze. Ja nie ruszam się z domu bez książki i robotki. O robótce podróżnej będzie niedługo, jest gotowa, trzeba tylko wyprać, wysuszyć i sfotografować (czyli zostało to najtrudniejsze!), a tymczasem o książkach, bo muszę powiedzieć, że trafiłam w idealne lektury wyjazdowe:-).

"Ostatnie lato w Nebrasce", Nele Neuhaus - czytadło, ale z górnej półki:-)

Nebraska, lata dziewięćdziesiąte XX wieku. Szesnastoletnia Sheridan, śliczna adoptowana córka wpływowych i zamożnych Grantów, mieszka z rodziną na prowincji. Monotonia życia, zaściankowość ludzi i złośliwości macochy przytłaczają niezwykle zdolną dziewczynę. Na szczęście jest ciotka Isabella, są książki, konie i muzyka, którą Sheridan kocha ponad wszystko. Jest też szkolny zespół muzyczny i jego lider, Brandon. Biblioteka ciotki odkrywa przed Sheridan nieznany świat, pełen pasji, wolności i namiętności. Kolejni mężczyźni: pomocnik na farmie, jeździec rodeo i pisarz pokazują jej wszystkie odcienie miłości i zmysłowości. Czy światem naprawdę rządzi seks? Czy jest w nim miejsce na miłość?
W tym samym czasie Sheridan znajduje pamiętniki tajemniczej Carolyn, która wiele lat temu zniknęła bez śladu. Emocje rosną aż do chwili, gdy w Halloween dzieje się coś strasznego. Dopiero teraz staje się jasne, komu Sheridan naprawdę może zaufać…

Opis z okładki nie do końca szczęśliwie oddaje treść książki, bo choć faktycznie wszystkie te rzeczy w książce występują, to moim zdaniem są tylko tłem do czegoś głębszego - służą do pokazania dorastania i związanej z nim utraty niewinności. To wyjątkowo trudny okres w życiu człowieka, może być równie bolesny, co też i fascynujący... Jest więc w książce poszukiwanie własnej tożsamości (tym ciekawsze, że owiane tajemnicą, gdyż główna bohaterka jest adoptowana), wielkie marzenia, burza nastoletnich uczuć - upadek autorytetów, zawiedzione zaufanie, rozczarowanie i bunt, ale też ekscytujące odkrycia związane z seksualnością, świadomością własnej płci, możliwości i ograniczeń z nią związanych.

To powieść obyczajowa, pisana językiem młodych dorosłych i do nich kierowana. Na szczęście dowiedziałam się o tym już po lekturze, więc mogłam czytać bez żadnych wiekowych uprzedzeń;-). A czytało mi się bardzo dobrze i zaskakująco szybko, bo książka trzyma odpowiedni poziom napięcia i emocji oraz jest sprawnie napisana. Tak dobrze i szybko, że w połowie przestraszyłam się, że mi nie starczy na drogę powrotną, więc musiałam poratować się biblioteczką Bratowej. Wybrałam:

"Już czas", Jodi Picoult" - metafizyczny thriller z przesłaniem.

Od ponad dziesięciu lat Jenna Metcalf nie może przestać myśleć o swojej matce, Alice, która zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Jenna nie chce uwierzyć, że została porzucona, uparcie więc tropi matkę w internecie i przegląda jej stare pamiętniki. Alice była badaczką słoni i pisała głównie o nich, ale Jenna ma nadzieję, że zapiski kryją wskazówki co do miejsca pobytu matki. Niestrudzona w poszukiwaniach, zyskuje dwoje nieoczekiwanych sprzymierzeńców. Pierwszym jest Serenity Jones, jasnowidzka, która zwątpiła w swój dar. Drugi to Virgil Stanhope, zgryźliwy prywatny detektyw. I gdy wspólnymi siłami dążą do odkrycia prawdy, uświadamiają sobie, że zadając trudne pytania, staną w obliczu jeszcze trudniejszych odpowiedzi. Czy więź łącząca matkę i córkę może być silniejsza niż śmierć? Czy świat, który poznajemy za pomocą zmysłów, to jedyna rzeczywistość, jakiej możemy doświadczyć? 

Jodie Picoult nigdy nie snuje swoich opowieści tak po prostu, jej książki zawsze są pretekstem do poruszenia jakiejś ważnej kwestii moralnej, albo społecznej, pokazują człowieka wobec problemu i prowokują czytelnika do zastanowienia się, jak on zachowałby się w danej sytuacji. Nie można ich czytać obojętnie, zawsze poruszają jakąś osobistą strunę... W ogóle poruszają. Pewnie dlatego tak bardzo są lubiane:-). Ale tym razem jest nieco inaczej - jest trochę inny gatunek i nie ma problemów moralnych, przynajmniej nie takiego kalibru, jak zwykle, ale jest inny ważny problem - życie słoni i ich sytuacja w Afryce. O słoniach dowiadujemy się dużo, dużo więcej, niż wymagałaby tego fabuła powieści, ale to nie szkodzi, to też ciekawa, chwytająca za serce i poruszająca sumienie historia...

Sama akcja książki rozkręca się powoli. Poznajemy historię kawałek po kawałku. Z każdej kolejnej wypowiedzi każdego z głównych bohaterów, układamy ją w całość, jak obrazek z puzzli, a zakończenie... Totalnie nieprzewidywalne! Jak to zwykle u Jodi Picoult - odwraca całą historię do góry nogami:-). Zaskakująco i zapadająco. Długo po przeczytaniu siedziała mi w głowie. Bardzo polecam! I w żadnym wypadku nie zrażajcie się tą metafizyką;-)